Dla rozwiedzionych i nie tylko ...

Jakie jest miejsce w Kościele osób rozwiedzionych i żyjących w ponownych związkach cywilnych? Jakie są możliwości naprawy trudnej dla nich sytuacji? Jaka jest na ich temat oficjalna nauka Kościoła? Jakie są sposoby zaangażowania się w życie Kościoła? Jak rozwiedzeni mogą się uświęcać i zbawiać? Rozpoczynamy w naszej gazetce parafialnej rekolekcje dla osób rozwiedzionych i żyjących w ponownych związkach cywilnych. Tą drogą pragniemy im dopomóc w odpowiedzi na dręczące ich pytania. W przyszłości planowane jest zorganizowanie w naszej parafii specjalnego duszpasterstwa dla tych osób.

ONI TEŻ SĄ W KOŚCIELE (6)

Jedną z najbardziej bolesnych kwestii duszpasterskich jest sytuacja osób rozwiedzionych, zwłaszcza jeśli usiłują one zawrzeć nowy związek, tym razem już tylko cywilny. Wiadomo, że w takim przypadku małżonkowie nie mogą korzystać z sakramentu pokuty ani przystępować do Komunii św., czyli jak się mówi potocznie przystępować do sakramentów.

Duszpasterstwo małżeństw niesakramentalnych

Prawdą jest, że człowiek, który zawarł nowe niesakramentalne małżeństwo, nie może, według aktualnego rozumienia Kościoła, przystępować do Komunii świętej. Ale prawdą jest również, że człowiek taki nie znajduje się poza nawiasem Kościoła. Taki człowiek nadal jest członkiem Kościoła i przynależy do wspólnoty parafialnej, nie traci praw i obowiązków wynikających z chrztu świętego. Jedynie nie może uczynić sakramentalnym zawartego małżeństwa, a w związku z tym nie może z zasady (z wyjątkiem pewnych wypadków) otrzymać rozgrzeszenia ani przyjąć Komunii św. Nie zezwala się mu także na podejmowanie zadań rodzica chrzestnego i świadka bierzmowania. Wszystko inne pozostaje bez zmian. Niemniej jednak taki człowiek może, jeżeli sakrament pokuty rozumiemy jako rzeczywistość złożoną, korzystać z niektórych aktów tego sakramentu, takich jak: rozeznanie stanu swego sumienia, żal za grzechy, wola poprawy i gotowość rozpoczęcia nowego życia po przezwyciężeniu aktualnych trudności. Następnie może on w takim stanie swego sumienia łączyć się duchowo z Bogiem, a tym samym pielęgnować i rozwijać w sobie świadomość, że dla niego Bóg nadal jest Ojcem. Moment ten jest bardzo ważny dla tej kategorii ludzi, zapobiega bowiem stanowi permanentnej frustracji, niezwykle szkodliwej nie tylko dla zdrowia psychicznego, ale także dla życia religijnego. W sytuacji stresu psychicznego zaczynają działać w człowieku mechanizmy obronne, w wyniku których mamy do czynienia z tak zwaną represją, czyli wyrzucaniem ze świadomości tego, co przykre i szkodliwe dla danej jednostki. Zachodzi wtedy niebezpieczeństwo, że razem z usuwanym niepokojem człowiek może "wyrzucać" z siebie także religijność. Dlatego też w dokumentach Stolicy Apostolskiej znajdujemy słowa uznania pod adresem wszelkich inicjatyw podejmowanych przez duszpasterzy i wiernych świeckich, którzy z troską i miłością czynią wszystko, co może umocnić w miłości Chrystusa i Kościoła wiernych, którzy znajdują się w nieregularnej sytuacji małżeńskiej. Wśród tych inicjatyw znanych również na polskim gruncie duszpasterskim należy wymienić:

1) Nawiązywanie bezpośredniego kontaktu z tymi rodzinami.

Może to być kontakt osobisty duszpasterza, na przykład podczas wizyty duszpasterskiej czy z okazji uroczystości rodzinnych (takich jak chrzest, bierzmowanie, pogrzeb), albo przez odpowiednio przygotowane osoby. Postępowanie duszpasterza powinno być taktowne, pełne miłości pasterskiej; z drugiej strony należy kierować się prawdą Kościoła co do tego rodzaju małżeństw i unikać pozorów fałszywego rozumienia przez zainteresowanych lub innych, że Kościół akceptuje ich stan jako normalny. Dawniej duszpasterz w czasie wizyty zwanej kolędą zazwyczaj pomijał takie rodziny okazując w ten sposób dezaprobatę Kościoła i ostrzegając innych przed podobnym postępowaniem. Dziś ta metoda, zwłaszcza gdy w rodzinie niesakramentalnej są już dzieci, jest nie do utrzymania ani w mieście ani w parafiach wiejskich. Zresztą byłoby to niezgodne z duchem soborowym. W rozmowie należy rozeznać przyczyny rozpadu poprzedniego małżeństwa. Należy zorientować się czy pierwsze małżeństwo nie było nieważne i w razie potrzeby pomóc wnieść sprawę do sądu kościelnego. Duszpasterz winien też uwzględnić ewentualną możliwość pojednania z poprzednim współmałżonkiem i powrót do pierwszego sakramentalnego związku.

2) Angażowanie małżonków żyjących w związkach niesakramentalnych w życie Kościoła.

Jest sprawą bardzo ważną, aby ci małżonkowie uczestniczyli w życiu religijnym Kościoła w stopniu dla nich dostępnym, a ich dzieci w stopniu pełnym. Szczególnie potrzebny jest w ich sytuacji kontakt ze słowem Bożym głoszonym w różnej formie przez Kościół zarówno w celu podtrzymania wiary otrzymanej na chrzcie św., jak również nawrócenia i ducha pokuty. Chociaż małżonkowie ci nie mogą przystąpić do sakramentu pokuty, to jednak obowiązuje ich jak każdego chrześcijanina, duch pokuty. Dlatego powinni słuchać kazań, konferencji, brać udział w rekolekcjach. Im bardziej słowo Boże przeniknie ich dusze, tym lepiej zrozumieją swój błąd. Oczywiście, obok słowa Bożego głoszonego w kościele pomocą będzie osobiste czytanie w domu Pisma św. i książek religijnych. Dla życia wiary niezastąpiona jest modlitwa. Należy zachęcać takich małżonków do modlitwy osobistej i rodzinnej, zwłaszcza do uczestnictwa w niedzielnej i świątecznej Mszy św. Chociaż nie mogą spełniać posług liturgicznych (ministrant, lektor, akolita, ojciec chrzestny, świadek bierzmowania) ani zadań katechety, to mogą podejmować różne działania w zakresie miłości chrześcijańskiej, działalności charytatywnej, a nawet apostolatu.

3) Duszpasterska troska o dzieci.

Szczególną troską duszpasterską należy otoczyć dzieci urodzone w małżeństwach niesakramentalnych. Nie są one winne sytuacji rodzinnej, w jakiej się urodziły i mają prawo do pełnego rozwoju religijnego. Nieraz rodzice z tych małżeństw, w poczuciu własnych niedomogów religijnych, starają się jak najlepiej przygotować religijnie swoje dzieci; ale częściej zdarzają się zaniedbania, będące konsekwencją ich własnego oddalenia się od praktyki wiary. Trzeba tym rodzicom i ich dzieciom dopomóc w wypełnianiu chrześcijańskich obowiązków wychowawczych. Gdy rodzice z małżeństwa niesakramentalnego, zawartego po rozwodzie, proszą o chrzest dziecka, należy chrztu udzielić. Jeżeli duszpasterz zna tych ludzi i wie, że prowadzą w miarę swoich możliwości życie religijne, nie trzeba od nich wymagać zaświadczenia, że wychowają dziecko religijnie; jeżeli natomiast są religijnie obojętni lub oddaleni od Kościoła, należy przyjąć zobowiązanie religijnego wychowania dziecka, przynajmniej od jednego z rodziców. Dzieci z małżeństw niesakramentalnych mogą należeć do liturgicznej służby ołtarza (ministranci, lektorzy, schola). Ich włączenie w różne zespoły religijne może oddziaływać pozytywnie na całą rodzinę.

4) Inne formy duszpasterskiej pomocy.

Oprócz wyżej wspomnianych form duszpasterskiej troski Kościoła o rodziny niesakramentalne znane są także inicjatywy organizowania specjalnie dla tych osób dni skupienia, rekolekcji i regularnych spotkań z duszpasterzem. W parafii św. Józefa w Poznaniu w każdy wtorek miesiąca odbywa się innego typu spotkanie. W pierwszy prowadzona jest dyskusja na temat katechezy. W większości przypadków ludzie ci pozbawieni byli kazań, pogłębienia życia religijnego. Nim się odnaleźli, przeżyli często długi okres rozżalenia na Kościół i odejścia od niego. Drugi wtorek poświęcony jest ściśle sytuacji małżeństw niesakramentalnych. Rozważany jest na przykład problem, w jaki sposób rodzice mogą być wzorem dla swoich dzieci, wychowywać je religijnie, skoro wiadomo, że nie wolno im przystępować do Komunii św. W trzeci wtorek jest spotkanie biblijne, a w czwarty Msza św. i spotkanie modlitewne. Kończąc refleksje na temat duszpasterstwa małżeństw niesakramentalnych, warto przytoczyć spostrzeżenie ks. Mirosława Paciuszkiewicza SJ, zamieszczone w godnej polecenia książce "Tęsknota i głód" a dotyczącej omawianej tu problematyki: "Zagadnienie duszpasterstwa rodzin niesakramentalnych to w dużej mierze zagadnienie języka. Stanowczo należy zwrócić uwagę na nasz język w kancelarii, w konfesjonale, podczas wizyt duszpasterskich, w naszej katechezie i kaznodziejskiej posłudze słowa... Z zagadnieniem języka bardzo ściśle wiąże się zagadnienie miłości bliźniego. Przypomina mi się powiedzenie Lwa Tołstoja: "Nam się wydaje, że są sytuacje, w których nie obowiązuje miłość bliźniego, a takich sytuacji nie ma"! "List do Biskupów Kościoła katolickiego na temat przyjmowania Komunii św. przez wiernych rozwiedzionych żyjących w nowych związkach" jest dokumentem Kościoła bardzo otwartym na wielorakie formy duszpasterstwa wśród tej grupy wiernych. Kończy się wezwaniem skierowanym do duszpasterzy, by nieśli tym wiernym pomoc z pełnym oddaniem. Pomoc opartą nie tylko na prawdzie, ale równocześnie na miłości (nr 10). Oni też przecież są Kościele!

Ks. Adam Kokoszka

DLA ROZWIEDZIONYCH I NIE TYLKO (5)

PRZYCZYNY ROZPADU RODZIN

Odpowiedzialnością za częste dziś rozpady rodzin nie można obarczać wyłącznie współczesnego świeckiego prawodawstwa, dopuszczającego rozwody i legalizującego powtórne zawarcie małżeństwa. Pełne przyczyny kryzysu trwałości rodziny są szersze, mianowicie natury socjologicznej, psychologicznej i religijno-moralnej.

1. Przyczyny socjologiczne

Jednym z czynników sprzyjających rozluźnieniu więzów rodzinnych jest dzisiejszy system pracy, spowodowany rewolucją techniczno-przemysłową, prowadzący do oddzielenia miejsca zamieszkania rodziny od miejsca pracy. Dzisiejsze fabryki i biura zabierają mężczyzn, a w większości i kobiety, na dłuższy czas z domu rodzinnego. Podobnie bywa ze szkołą w stosunku do dzieci i młodzieży. Drugim czynnikiem przyczyniającym się do rozluźnienia więzów rodzinnych jest coraz częstsze przejmowanie przez państwo zadań, które dawniej spełniała rodzina, takich jak: wychowywanie, troska o zdrowie, o ludzi starych, niezdolnych do pracy, chorych. Wiele tych spraw leżało dawniej w gestii rodziny, przyczyniając się do zacieśnienia jej wewnętrznych więzów. Dawna rodzina była tak zwaną dużą rodziną, składającą się z trzech, a nawet czterech pokoleń - w ścisłych powiązaniach z krewnymi i pracownikami, żyjąca zwykle w tym samym domu, który był zarazem miejscem pracy. Dziś mamy do czynienia z "małą rodziną" złożoną z rodziców i dzieci przy czym po założeniu przez dzieci własnych rodzin rodzice pozostają zazwyczaj na długie lata znowu sami. Obcowanie z osobą przez tak długi czas wymaga zgodności charakteru i głębokiej wzajemnej miłości. Innym czynnikiem jest dzisiejsza emancypacja czy równouprawnienie kobiet. Żona pracuje na równi z mężem, staje się partnerem, a ponadto żąda się od niej, by kierowała gospodarstwem i wychowywaniem dzieci. Pracując faktycznie na dwóch etatach, kobieta jest przeciążona, niezadowolona i często zdenerwowana. Praca w biurze, zakładzie czy fabryce pociągają nieraz bardziej niż obowiązki rodzinne, które stara się wtedy ograniczyć; do tego dochodzą różne kontakty w miejscu pracy, które oddziałują na jej wrażliwą emocjonalnie naturę. Do wzmożonej nietrwałości dzisiejszych małżeństw może przyczynić się także okoliczność przesunięcia w wielu przypadkach ich zawierania na młodsze lata; statystyki wykazują, że małżeństwa zawarte przed dwudziestym rokiem życia są mniej trwałe. Nieraz istnieje pewien moralny przymus do szybkiego zawarcia małżeństwa - ze względu na ciążę dziewczyny.

2. Przyczyny psychologiczne

Zmiany w dziedzinie społecznej rzutujące na małżeństwo i życie rodziny nie byłyby tak niebezpieczne dla trwałości rodziny, gdyby psychologiczna i moralna postawa małżonków była odpowiednio mocna i odporna. Trwałość i szczęście małżeństwa zależą dziś w większym niż kiedykolwiek stopniu od wzajemnej miłości, poczucia odpowiedzialności, wyjścia naprzeciw współmałżonkowi i umiejętności spełnienia jego oczekiwań, czyli od zdrowej, dojrzałej osobowości obydwojga małżonków. Tymczasem dzisiejsza cywilizacja techniczna nie sprzyja rozwojowi osobowości. Kładzie nacisk na wartości ekonomiczne i na konsumpcję, w kształtowaniu zaś człowieka - na wartości intelektualne, na wiedzę. Natomiast brak jest w wychowaniu tak zasadniczych dla życia rodzinnego wartości, jak miłość wychodząca do drugiego człowieka, zdolność wyrzeczenia, poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Brak tych wartości powoduje w życiu małżeńskim nieporozumienia, konflikty, rozejście się.

3. Przyczyny religijno-moralne

Wśród przyczyn rozwodów nie wymienia się zazwyczaj braku lub osłabienia wiary i moralności, choć faktem jest, że mocna wiara i autentyczna moralność stoją na straży trwałości rodziny. Wykazuje to statystyka z naszego kraju, z której wynika, że w okolicach, gdzie żywsze są praktyki i tradycje religijne oraz wyższy poziom moralności chrześcijańskiej, mniej też jest rozwodów. Badania ankietowe wśród rozwiedzionych w ostatnich latach oraz przewody spraw rozwodowych pozwalają ustalić, że najczęstszymi przyczynami rozwodów w Polsce są: niewierność małżeńska, trwałe związanie się z inną osobą, alkoholizm, znęcanie się nad współmałżonkiem albo nad rodziną, niedobór charakterów, brak zainteresowania się domem. Jak widzimy, większość z tych przyczyn ma charakter moralny, podobnie jak wspomniane wyżej poczucie obowiązku i odpowiedzialności. Sam zaś fakt łatwej decyzji czy zgody na rozejście się jest u chrześcijan dowodem osłabienia wiary, bo wypowiedzi Ewangelii i nauka Kościoła są co do rozwodów jak najbardziej jasne. Z drugiej strony, religijność - przeżywana wspólnie przez małżonków - pomaga przezwyciężyć egoizm, agresywność, zarozumiałość, lenistwo (wady, które najczęściej niszczą więź małżeńską), pozwala w Sakramencie Pokuty uwolnić się od dotychczasowych win, daje siłę do przebaczenia i rozpoczynania nowego życia, ułatwia zachowanie równowagi duchowej w sytuacjach trudnych i w chwilach zagrożenia.

Bp Władysław Miziołek

DLA ROZWIEDZIONYCH I NIE TYLKO... (4)

1. Czas pretensji

Ludzie żyjący bez ślubu kościelnego, po pewnym czasie zaczynają bardzo głęboko przeżywać niepokój religijny. Wyrzuty sumienia stają się udręką dnia codziennego, nie pozwalającą im spokojnie żyć i funkcjonować. Łączy się to czasem z zachwianiem równowagi psychicznej, a wtedy do głosu dochodzą mechanizmy obronne, które uderzają w podstawowe źródło ich rozterek i niepokojów, czyli w wiarę. Następuje okres buntu, zerwanie z praktykami religijnymi, a potem osłabienie, a nawet utrata wiary. Jest to zjawisko dosyć częste. Takie małżeństwa nie tylko same odchodzą od wiary, ale także nie pozwalają rozwinąć się jej u swoich dzieci, jeżeli nawet je ochrzcili. Rozgoryczeni, rozpowiadają na prawo i na lewo, że religia nie ma sensu, że to tylko ogłupianie ludzi. Twierdzą, że Kościół jest okropny i nieludzki, bo odmawia im możliwości przystępowania do spowiedzi i Komunii św. Ale jest i inna reakcja.

2. Czas pytań i analizy swojej religijności

Pytania pojawiają się na ogół po kilku latach, a nieraz zaraz po zawarciu związku cywilnego. Ludzie zastanawiają się: dlaczego tak się stało? Jakie popełniliśmy błędy? Kto zawinił? Często pod wpływem tych pytań wracają do korzeni, czyli do pytań o wiarę. Jest to pewnego rodzaju powrót do początków, do stanu swojej religijności. Jak to się stało, że tak beztrosko weszliśmy w układ, który uniemożliwia nam korzystanie z sakramentów świętych? - pytają siebie, i w ten sposób nieoczekiwanie odkrywają, jak ważne jest dla nich życie religijne, którego przed kryzysem małżeńskim nie doceniali. Wtedy rozpoczyna się gwałtowne poszukiwanie Boga. Nierzadko pierwszą rzeczą, która stanowi dla nich pewnego rodzaju szok, jest uświadomienie sobie, jak niedojrzałe i obyczajowe oraz niewiele znaczące w ich dawniejszym życiu było chrześcijaństwo. Twierdzą nieraz wręcz, że z powodu słabości swej wiary, tak łatwo zdecydowali się na rozwód, a później małżeństwo cywilne.

3. Rozwiedzeni na tropach wiary

Kolejny etap ich myślenia, o ile są to ludzie poważni i szczerze zatroskani o swoje życie religijne, to droga w głąb siebie i pytanie o wiarę. Co znaczy wierzyć? Co znaczy być chrześcijaninem? Co to jest sakrament małżeństwa? Co znaczy życie w łasce Bożej? Co znaczą takie sakramenty, jak spowiedź i Komunia św. ? Czy i jak można zbliżyć się do Boga w ich sytuacji? Jak poczuć się w Kościele jak w swoim domu? Taka jest treść ich pytań i poszukiwań. W odpowiedziach jednak na powyższe pytania zarysowują się wyraźnie różne postawy.

a) Być jak inni

To pierwsza - bardzo płytka postawa - domagająca się spowiedzi i Komunii św. nie tyle z głębokiej potrzeby duchowej - ale jak mówią - by nie być na cenzurowanym, lecz być jak inni. Rozumują, że w ten sposób jakoś usankcjonują swój nowy związek małżeński i uspokoją sumienie. A gdy im się powie, że sprawa nie jest taka prosta, są zawiedzeni i już nie przychodzą na kolejne nauki rekolekcyjne, czy rozmowy. Ale są także inni, którzy mówią:

b) Łatwiej nam będzie prowadzić życie religijne

Ludzie z tej kategorii rozwiedzionych, domagają się spowiedzi i Komunii św. z pobudek głębszych. Mówią: Bardziej zbliżymy się do Boga i będzie nam łatwiej żyć i religijnie wychowywać dzieci. Gdy im się wyjaśni stanowisko Kościoła w tej sprawie i zaproponuje inną formę zbliżenia się do Boga, z pewnymi oporami przyjmują ją i można z nimi pracować w celu ożywienia i pogłębienia ich religijności.

c) Pragniemy pogłębić swoją wiarę

Ta grupa rozwiedzionych rzeczywiście szuka bliższego kontaktu z Bogiem, zmierza do pogłębienia swojej wiary z głębokiej potrzeby wewnętrznej. Ludzie ci stosunkowo szybko odkrywają zarówno swoją religijną nicość, jak i rzeczywistość Boga, który jest: Dopiero, gdy poszedłem do spowiedzi i ksiądz odmówił mi rozgrzeszenia, w pełni uświadomiłem sobie, co się stało. Zajrzałem w głąb swej duszy i tam, ku mojemu przerażeniu, odkryłem w sobie religijną pustkę. Nigdy tak nie przeżyłem nieobecności Boga w moim życiu, jak wtedy. Zacząłem się naprawdę zastanawiać nad tym, co się stało w moim życiu. Uświadomiłem sobie nie tylko to, że złamałem prawo, przekreśliłem swój ślub, ale przede wszystkim wypowiedziałem posłuszeństwo Bogu. Nikogo, poza sobą, nie obwiniam za rozpad sakramentalnego małżeństwa. Powiedziałem sobie, że to moja wina, moja bardzo wielka wina, i to nie tylko za osobiste odejście od Boga, ale także odciągnięcie od Niego drugiej osoby - czyli mojej aktualnej żony: Zacząłem też szukać tego wszystkiego, co pozwoliłoby mi na zbliżenie się do Boga, w mojej aktualnej sytuacji. Postanowiłem wypełniać wszystkie dostępne mi praktyki religijne, więcej modlić się, regularnie uczęszczać na Mszę św. Kupiłem sobie Pismo św. i czytając je, zwłaszcza Ewangelie, powoli odkrywałem, co to znaczy być chrześcijaninem - powiedział mi czterdziestoletni mężczyzna przy okazji jednego z pierwszych spotkań. Po kilku rozmowach z nim, gdy ze względu na jego specyficzną sytuację, myślałem nawet o dopuszczeniu go, pod pewnymi warunkami, do jednorazowej spowiedzi i Komunii św. z racji pierwszej Komunii św. jego ciężko chorego dziecka. Gdy go o tym poinformowałem, on mi odpowiedział: Wie ksiądz, jeszcze z żoną nie dojrzeliśmy do tego. Bardzo mnie wzruszył ten człowiek swoją delikatnością i wewnętrzną prawością.

d) Świadomość winy

Kolejna sprawa, która zawsze się pojawia w rozmowach z małżeństwami żyjącymi w związkach cywilnych, to poczucie winy. Tylko niewielka liczba osób rozwiedzionych twierdzi, że nie ma sobie nic do wyrzucenia. Nawet osoby bardzo pokrzywdzone przez drugą stronę mówią, że nie dały z siebie wszystkiego, by nie doszło do rozpadu małżeństwa. Na ogół każda ze stron ma poczucie winy w stosunku do byłego małżonka, dzieci, dalszej rodziny i do Pana Boga. Niestety to poczucie winy pojawia się dopiero wtedy, gdy sakramentalne małżeństwo przestało funkcjonować, nowe cywilne - już zostało warte, a początkowe emocje z niego płynące zaczęły opadać. Wtedy przychodzi czas na refleksję. Następuje okres różnego rodzaju rozterek, które powodują wielkie perturbacje wewnętrzne. Często przeświadczenie o własnej winie jest tak wielkie, że grozi konsekwencjami zdrowotnymi i to nie tylko natury psychicznej, ale nawet fizycznej. I tu rodzi się pytanie: czy rozwiedzeni muszą żyć zawsze z poczuciem stałej winy? Nie! Nie muszą, chociaż nie ukrywam, że owa "smuga cienia" pozostanie do czasu otrzymania sakramentalnego rozgrzeszenia, a nawet i po nim, gdyż ów "przekręt" życiowy, jakim był rozwód, jest taką raną, że tak do końca nigdy nie może się ona zagoić. Aby jednak to poczucie winy zostało maksymalnie zmniejszone, trzeba spełnić pewne warunki. Gdy zaczynam o tym mówić, ludzie powstrzymują w piersiach oddech, uważnie `patrzą mi w oczy, a następnie pytają: Jakie warunki winniśmy spełnić? Wtedy odpowiadam: trzeba uznać swoja winę, prosić Boga o przebaczenie, naprawić zło (o ile istnieje taka możliwość), jakie zostało popełnione wobec współmałżonka i dzieci oraz wypełniać wszystkie dostępne obowiązki religijne, a przede wszystkim odkryć Boga pełnego miłosierdzia. Tylko On bowiem jest władny nam przebaczyć i wlać w naszą duszę, tak bardzo potrzebny nam pokój. Wśród wielu pytań pojawia się także i to: Czy możliwe jest uzyskanie sakramentalnego rozgrzeszenia? W zasadzie, nie. My duszpasterze udzielamy takiego rozgrzeszenia jednorazowo, tylko w wyjątkowych wypadkach. Gdy istnieje zagrożenie życia, gdy komuś grozi śmierć, oraz per modem medicinae - czyli ze względu na zdrowie psychiczne. Bywają też, ale bardzo rzadko, szczególne okoliczności, w których danej osobie udzielamy rozgrzeszenia. We wszystkich takich wypadkach kierujemy się sumieniem kapłańskim i rozeznaniem sytuacji. Prawo bowiem kościelne nie przewiduje możliwości dopuszczenia do spowiedzi i Komunii św. małżonków żyjących w związkach cywilnych, poza tymi, którzy zrezygnują z intymnego życia. Jeżeli ten warunek zostanie spełniony, uzyskują tym samym prawo do spowiedzi i Komunii św., jednak pod warunkiem, że nie będzie zgorszenia. Chodzi o to, by znajomi nie gorszyli się, mówiąc: Patrzcie oni nie mają ślubu i chodzą do Komunii św. Jak to jest w Kościele? Jedni rozwiedzeni mogą chodzić do sakramentów św. inni natomiast nie. Co zatem powinniśmy zrobić - pytają rozwiedzeni - byśmy mogli bardziej zbliżyć się do Boga i osiągnąć poczucie dostępnego nam spokoju i pojednania z Nim, chociaż na innej płaszczyźnie niż sakrament pokuty i Komunii św.? Odpowiadam im, że możliwości jest wiele, gdyż dróg Bożych docierania do człowieka, który Go szuka, jest bardzo dużo, jak gwiazd na niebie. Ale najbliższa droga prowadzi przez Chrystusa.

DLA ROZWIEDZIONYCH I NIE TYLKO... (3)

1. Dlaczego ludzie się rozwodzą?

Źródłem większości perturbacji religijnych ludzi, którzy zawarli związek sakramentalny, a później się rozwiedli, jest fakt nowego, ale już tylko cywilnego małżeństwa. Dlatego zasadne jest pytanie: dlaczego się rozwodzą? (...) A zatem, z jakich powodów ludzie się rozwodzą? Przyczyn jest praktycznie tyle, ile rozpadających się małżeństw. Każdy bowiem rozwód jest w pewnym sensie niepowtarzalny, tak jak niepowtarzalni są ludzie, którzy się rozwodzą. Można jednak wyróżnić kilka, a nawet kilkanaście przyczyn, z powodu których ludzie się rozchodzą. Na pierwszym miejscu jest niewierność małżeńska. Jeszcze dzisiaj, według danych statystycznych, podaje się ją, jako jeden z głównych powodów rozpadu małżeństwa. Na drugim miejscu, ale tylko z niewielką różnicą punktów, plasuje się nadużywanie alkoholu lub innych używek, przez jednego z małżonków, przeważnie mężczyzn, choć ostatnio coraz więcej jest także kobiet alkoholiczek. Jako trzecią przyczynę rozwodów wymienia się brak mieszkania i pieniędzy. Okazuje się bowiem, że nawet najgorętsza miłość nie przetrwa próby czasu, jeżeli młoda rodzina nie ma mieszkania i tym samym musi kątem mieszkać u rodziców którejś ze stron lub u obcych sobie ludzi. Kolejna, bardzo często występująca przyczyna rozwodów, to "niedobór charakterów". Jest to ów przysłowiowy worek, w którym można zmieścić wszystko, byle tylko można było się rozwieść. Z drugiej jednak strony, istnieją głębokie różnice, może nie tyle poszczególnych charakterów, ile niedojrzałych osobowości, a także braku poważnego podejścia do małżeństwa i rodziny jednej lub obu stron, co w konsekwencji prowadzi do rozwodu. Ponadto dzisiaj małżeństwa są zawierane zbyt lekkomyślnie, bez dostatecznego rozeznania "kto jest kim". Wszystko to bardzo szybko prowadzi do napięć, nieporozumień i "wojen" między małżonkami, co wcześniej czy później kończy się rozwodem. Często w uzasadnieniu postanowienia o rozwodzie słyszy się takie oto stwierdzenia: Nie będziemy się męczyli ze sobą lub jeszcze przed zawarciem związku: Jak nie będziemy pasowali do siebie to się rozejdziemy - no i rozchodzą się. Powyższe słowa mówią o tym, jak niepoważny jest ich stosunek do małżeństwa i dzieci, które przyjdą na świat. Stwierdzenia te ilustrują, jak dalece w świadomości młodych ludzi została zakwestionowana prawda o nierozerwalności chrześcijańskiego małżeństwa. Jest to także brak poczucia odpowiedzialności za drugiego człowieka, za swojego małżeńskiego partnera oraz świadomości czym jest rozwód dla małżeństwa i rodziny. Ujawnia się to szczególnie jaskrawcie przy okazji wprowadzonych przez Kościół obowiązkowych nauk przedmałżeńskich, których zadaniem jest przygotowanie do tego, tak ważnego wydarzenia, jakim jest zwarcie ślubu. Niestety, wielu narzeczonych traktuje to, jako zło konieczne. Nie chcą przychodzić na nauki i do poradni przedmałżeńskiej. Interesuje ich tylko pieczątka prelegenta. Osobiście mam tu gorzkie doświadczenia. Przez wiele lat prowadziłem w Warszawie na Skaryszewskiej nauki przedmałżeńskie. Gdy zauważyłem, że wiele par przychodzi pod koniec spotkania, aby uzyskać niezbędny podpis, wtedy poinformowałem ich, że jeżeli się to powtórzy nie podpiszę zaświadczenia. W konsekwencji doszło do awantury i okupacji kościoła. Złamałem ich jednak, zamykając kościół piętnaście minut po rozpoczęciu spotkania. Po zakończeniu nauki otwierałem kościół. Wtedy pełni gniewu i krzyku "Co za ksiądz!" wpadali do kościoła. Powiedziałem im: spokojnie panowie i panie, jeżeli będziecie wiedzieć chociaż co nieco na temat, który omawiałem, czyli dziesięciorga Bożych przykazań i czym jest Kościół, to bez problemu podpiszę potrzebne wam zaświadczenia. Proszę sobie wyobrazić, że nie mieli zielonego pojęcia tak o Kościele, jak i przykazaniach. Kartek nie podpisałem. Sądzę jednak, że chyba coś niecoś zrozumieli, ponieważ odeszli bez buntu. Wielki wpływ na wzrost rozwodów ma niewątpliwie typ cywilizacji, w jakiej wypadło nam żyć. Częste i długie rozłąki małżonków z powodu zawodowej pracy; wyjazdy służbowe w mieszanym towarzystwie; lansowanie przez środki masowego przekazu zbyt swobodnego sposobu życia w zakresie ludzkiej intymności, a także nacisk agresywnego erotyzmu, który emanuje z różnego rodzaju publikatorów i zachęt "Agencji towarzyskich". Wszystko to osłabia więź małżeńską i sprawia, że liczba rozwodów ciągle wzrasta.

2. Konsekwencje tylko cywilnego małżeństwa

Ludzie wierzący zawierając nowy, już tylko cywilny związek małżeński, na początku nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jakie będzie to miało konsekwencje, gdy chodzi o ich życie, nie tylko religijne. Mówią wtedy: jakoś to będzie. Tylu ludzi jest rozwiedzionych i jakoś żyją. Wydaje im się, że i oni też będą jakoś żyli. Niestety, po pewnym czasie otwierają się im oczy, jak Adamowi i Ewie, którzy przekroczywszy Boży zakaz, zobaczyli, że są nadzy. Podobnie, chociaż nie zawsze, czują się ludzie, którzy zwarli ponowny tylko cywilny związek, nie pozwalający im na przystępowanie do spowiedzi i Komunii św. Okazuje się, że ta druga osoba, chociaż kochana i niezmiernie sympatyczna, nie jest w stanie zapełnić tej luki, jaka się wytworzyła w ich życiu religijnym. Wtedy zaczyna im być bardzo źle. Z wielką tęsknotą patrzą na wiernych, którzy mogą oczyścić się w sakramencie pokuty i przystąpić do Komunii św. W ich duszy pojawia się żal do siebie, ale często także do małżonka, że zdecydowali się na ten krok, ale jeszcze częściej - pretensje do Kościoła, który jak często mówią: jest wobec nich tak bezlitosny. Poza tym bardzo często nie są akceptowani przez rodzinę, a co gorsza przez własne dorastające lub dorosłe dzieci. Te i inne problemy, a także pytania, jakie pojawiają się w umysłach ludzi rozwiedzionych: rzucają wiele światła na to, co dzieje się w ich sercach. Przejrzenie się tym kwestiom pozwoli wszystkim czytelnikom oraz samym rozwiedzionym, a także potencjalnym "kandydatom" do rozejścia się, trzeźwiej spojrzeć na to, czym jest rozwód oraz jakie są jego konsekwencje. Wszystkim innym zaś - także stojącym z boku - zrozumienie problemów ludzi rozwiedzionych, ich stanu duchowego, postawy, zachowania i tęsknoty.

3. Świadectwo Izy

Przez pierwsze kilka lat po zawarciu związku cywilnego, zbuntowana na Kościół, nie chodziłam na Mszę św. i nie modliłam się. Aż stało się coś, czego nie byłam w stanie przewidzieć. Myślę, że to tylko Pan Bóg mógł coś takiego wyreżyserować. Kiedy byłam na spacerze z moją kilkuletnią córeczką, przechodziłyśmy koło otwartych drzwi kościoła z widokiem na ołtarz, który był akurat oświetlony: Dziecko wzięto mnie za rękę i razem weszłyśmy do środka. Dziecko z niezwykłym zainteresowaniem przyglądało się obrazom, figurom świętych i tak znalazłyśmy się przed głównym ołtarzem. Wtedy coś we mnie drgnęło. Uklękłam, zrobiło mi się gorzko i smutno. Łzy napłynęły do oczu. I tak rozpoczął się mój powrót do Boga. Zaczęłam częściej zaglądać do kościoła i pytać samą siebie: co się stało z moją wiarą? Jakże ona musiała być słaba, że stawiając jeden fałszywy krok, straciłam wszystko - odrzuciłam Boga. Potem nadszedł czas pierwszej Komunii św. mojej córki i wielki ból, że nie mogę razem z nią przyjąć Chrystusa. Tylko Bóg wie, co wtedy przeżywałam, gdy mówiłam jej, jak należy się spowiadać, jak przyjmować Komunię św. Wtedy już się nie buntowałam, nie miałam pretensji do nikogo. Byłam tylko wdzięczna Bogu za to, że Go odnalazłam. W czasie ciężkiej choroby, która mnie dopadła, mogłam postawić kolejny krok na mojej drodze ku miłosiernemu Bogu.

Oprac. Ks. Jan Pałyga

Dlaczego nie wolno mi przystępować do sakramentów? (2)

" Żyję z mężem już sześć lat. Bez ślubu kościelnego, bo on już miał ślub z inną. Poznałam go po rozwodzie, a więc tamtego małżeństwa nie rozbiłam, dzieci też żadnych nie skrzywdziłam, bo ich nie mieli. Bardzo przeżywam to, że nie mogę przystępować do sakramentów. Sześć lat to dużo czasu i różne rzeczy sobie już przez ten czas myślałam. Zastanawiałam się na przykład, dlaczego Kościół uważa mnie za tak wielką zbrodniarkę, skoro rozgrzeszenie otrzymują złodzieje, rozpustnicy, nawet mordercy, a ja jestem od sakramentów odsunięta jak ta trędowata. Buntowałam się, kiedy słyszałam, że ktoś porzucił żonę i dzieci, ale ponieważ ślub był tylko cywilny, więc z całą paradą przystępuje do ołtarza i zawiera ślub kościelny z następną kobietą. I Kościół bez oporów dopuszcza takich ludzi do sakramentów. Albo czasem myślę sobie tak: gdybym miała ślub kościelny i parę razy na rok zdradzała męża, sakramenty stałyby przede mną otworem. Czyli byłabym wtedy w oczach Kościoła lepsza niż teraz, choć żyję uczciwie, mężowi jestem wierna, tyle tylko że nie mamy ślubu. Płakać mi się chce, kiedy widzę, jak ludzie przystępują do spowiedzi, do Komunii świętej, a ja jestem jak ten ostatni wyrzutek. Zastanawiałam się, co takiego daje ślub kościelny, że bez niego małżeństwo jest dla Kościoła nieprawdziwe " .

Rozumiem, że zwraca się Pani do mnie z prośbą o pomoc: chciałaby Pani na swój dramat spojrzeć w świetle wiary; zapewne też jest w Pani cicha nadzieja, że przecież musi się znaleźć wyjście z tej sytuacji bez wyjścia. Proszę wybaczyć, że zacznę od historii, która zdaje się nie mieć nic wspólnego z Pani listem. Kiedyś mój braciszek połamał sobie straszliwie obie ręce. Natychmiast otoczony został kręgiem płaczu, zawodzenia i zgiełku. Lekarz pojawił się bardzo szybko i pierwsze, co zrobił, to wyrzucił gapiów, od domowników zaś zażądał całkowitej ciszy. Przypomniało mi się teraz tamto wydarzenie, bo mam ochotę naszą rozmowę zacząć podobnie: żeby cokolwiek pozytywnego osiągnąć w rozmowie tak trudnej, trzeba odciąć się najpierw od zgiełku tych argumentów, spojrzeń i odczuć, które niczego nie wnoszą do tematu, chyba to tylko, że ogromnie utrudniają jego spokojne rozpoznanie.

A więc po pierwsze: Miłosierdzie Boże jest nieskończone i nie ma grzechu, którego Bóg nie chciałby albo nie mógłby odpuścić człowiekowi. Toteż w ogóle nie istnieje kryterium mniejszego lub większego grzechu przy udzielaniu lub odmawianiu rozgrzeszenia. Każdy grzech jest sam w sobie wystarczająco niepokojącym wydarzeniem, żeby nie porównywać go z innymi grzechami, lecz po prostu szukać Bożego przebaczenia. Odmowa rozgrzeszenia wynika z zupełnie innych powodów niż z klasyfikowania grzechów według ich ciężaru. Najogólniej rzecz biorąc, rozgrzeszenia odmawia się wówczas, kiedy istnieje uzasadniona obawa, że ktoś o miłosierdzie Boże zabiega nieprawdziwie, nie żałuje za grzech albo nie zamierza unikać okazji do grzechów następnych, albo wręcz życie swoje ułożył w niezgodzie z Bogiem. Na razie poprzestańmy na tych stwierdzeniach ogólnych. Dla Pani wynika z nich co najmniej tyle, żeby nie dopuszczać do siebie tych żalów nieuzasadnionych, jakoby dla Kościoła była Pani już niemal zbrodniarką. Na temat Pani sytuacji małżeńskiej Kościół sądzi tylko tyle, że jest ona niezgodna z nauką i wolą Pana Jezusa.

Po wtóre: Swojego bólu, że nie może Pani - na razie - przystępować do sakramentów, nie trzeba wyrażać w sposób absurdalny. Absurdalne zaś wydają się pretensje, że kogoś innego, kto może jest większym grzesznikiem, Kościół do sakramentów dopuścił. Rozumiem oczywiście, że nie jest Pani złośnicą, która by chciała, żeby wspomniany przez Panią mężczyzna nie miał już możliwości pojednania z Bogiem. Rozumiem doskonale, że przemawia przez Panią własny ból, a nie chęć odsunięcia od sakramentów jeszcze następnej grupy ludzi. Mimo wszystko jednak sądzę, że tego typu żale mają w sobie - z punktu widzenia wiary - coś niezdrowego; kryje się za nimi niechęć do uznania swojego grzechu i jakieś poczucie, że jest się sprawiedliwszym od innych, którzy do sakramentów są dopuszczani.

A co do sytuacji tamtego mężczyzny: Sam przyjmuję od czasu do czasu sakramentalną przysięgę osoby, która cywilnie była już związana z kim innym. I muszę się Pani przyznać, że prawie zawsze czynię to z mieszanymi uczuciami. Wprawdzie przepisy kościelne nakazują wówczas starannie zbadać, czy nowy związek, który ma być przypieczętowany sakramentem, nie pociąga za sobą krzywdy poprzedniego partnera, a zwłaszcza dzieci; poczucie zaś przyzwoitości wymaga, żeby liturgia ślubna była wówczas raczej skromna. Wiem oczywiście, że słuszne jest udzielić wówczas ślubu. A jednak jakoś na sercu ciężko. Ale wróćmy do tematu.

Po trzecie: Niech też Pani nie tworzy sobie alternatyw swoich hipotetycznych niezgodności z prawem Bożym, które nie wyłączałyby Pani od sakramentów. To również nie ma sensu. Kiedyś siostra księdza, który porzucił swoje kapłaństwo i ożenił się, tak mi powiada: "Lepiej, że to zrobił, niż gdyby miał prowadzić życie zakłamane". Wiara nie rozumie takich alternatyw. Wiara nam mówi, że każdy z nas może i powinien żyć zgodnie z wolą Bożą, i nikt nie znajduje się pod przymusem wyboru między jednym grzechem a drugim. Jeśli zaś zszedłem z drogi Bożych przykazań, wiara głosi mi nadzieję Bożego miłosierdzia i powrotu na tę drogę, nawet jeśli sam nie bardzo potrafię ją odnaleźć. Krótko mówiąc, nie ma sensu zastanawianie się nad tym, co by było, gdyby Pani parę razy na rok zdradzała swojego ślubnego męża. To oczywiście byłoby okropne. Lepiej zastanawiać się nad tym, co robić, żeby w swojej obecnej sytuacji w końcu pojednać się z Bogiem.

Po czwarte: Warto również przypatrywać się krytycznie swojemu bólowi z powodu odsunięcia od sakramentów. Czy wynika on z tęsknoty za Bożym przebaczeniem i z głodu za Ciałem Pańskim, czy też może cierpi Pani głównie nad tym, że sytuację, w której nie widzi Pani nic złego, Kościół uważa za niezgodną z wymogami Ewangelii. Niech Pani pyta samą siebie, czy ból wynika z żalu, że zaplątałam się w sytuację, która się Bogu nie podoba, czy może cierpię tylko dlatego, że czuję się pokrzywdzona - przez Pana Boga, przez Kościół, przez los, to już mało ważne.

Wszystko, co dotychczas napisałem, to jakby tylko oczyszczenie przedpola dla religijnego oświetlenia Pani sytuacji. Bardzo chciałbym, żeby cały ten mój list był przesycony jak największą życzliwością dla Pani. Ale jednocześnie chcę mówić wyłącznie w perspektywie wiary, bo poza tą perspektywą chyba w ogóle na ten temat rozmawiać nie warto. Poza wiarą w Chrystusa łatwo osądzić Pani sytuację małżeńską jako zupełnie normalną, a stanowisko Kościoła jako mało uzasadnione. Poza wiarą nie jest też żadną dolegliwością odsunięcie od sakramentów. Zatem jeśli ktoś z pozycji niewiary krytykuje stanowisko Kościoła w sprawach małżeńskich, to wydaje mi się, że jest to wsadzanie nosa do cudzego prosa i miałbym ochotę zaproponować takiemu panu rozmowę raczej na jakiś inny temat.

Tak więc spróbujmy spojrzeć na Pani sytuację w duchu wiary. Pyta Pani, co takiego daje ślub kościelny. Proszę Pani, małżeństwo jest to jeden z najważniejszych wymiarów życia ludzkiego, a przez sakrament cały ten wymiar zostaje otwarty na obecność i łaskę Chrystusa, naszego Pana i Zbawiciela. Żywa wiara po prostu nie wyobraża sobie, żeby coś tak istotnego jak własne małżeństwo i rodzinę budować poza Chrystusem. To, że Pani - proszę się nie pogniewać, że mówię prosto z mostu - sześć lat temu umiała to sobie wyobrazić, świadczy o jakiejś słabości w wierze i oby Pani to, kiedyś przynajmniej, uznała i starała się za to Pana Jezusa przeprosić.

Powyższy punkt widzenia spotyka się nierzadko z następującym zarzutem, że często małżeństwa ze ślubem kościelnym żyją gorzej niż małżeństwa tylko cywilne! Oczywiście, to prawda, ale jest to zarzut nie przeciwko wartości sakramentu, ale przeciwko ludzkiemu grzechowi, który potrafi zmarnować nawet łaskę sakramentalną.

Czasem też ludzie, którzy zaczynali bez ślubu kościelnego i po paru latach decydują się na ten sakrament, nie mogą zrozumieć, co było złego w ich związku. Tu warto przypomnieć, że Kościół uznaje godność i pełnoprawność małżeństw ludzi nieochrzczonych, jeśli zostały zawarte zgodnie z obyczajem obowiązującym w ich społeczności. Natomiast związkowi osób ochrzczonych i wierzących, który nie jest związkiem sakramentalnym, wiara zarzuca to przede wszystkim, że oto chrześcijanie zakładają rodzinę, a nie chcą, żeby w ich rodzinie zamieszkał Chrystus. Choćby ten związek, biorąc po ludzku, był najpiękniejszy, to jednak wciąż jeszcze jest zamknięty w wymiarach tego świata. Chrystus nie uczynił go jeszcze wartym życia wiecznego.

Oczywiście, Pani sytuacja jest inna. Pani zapewne bardzo by chciała przystąpić do ślubu kościelnego, ale jest to niemożliwe, gdyż Pani partner jest już związany węzłem sakramentalnym. Stanowisko Kościoła w tym względzie spotyka się z licznymi krytykami. Ale czy można czynić Kościołowi zarzut z tego, że wierzy prawdziwie w Chrystusa Syna Bożego i że Pismo Święte czyta jako słowo Boże, a więc jako normę postępowania dla wierzących w Chrystusa?

Przecież Pan Jezus uczył wyraźnie: "Każdy, kto oddala swoją żonę - poza wypadkiem nierządu - naraża ją na cudzołóstwo; a kto by oddaloną wziął za żonę, dopuszcza się cudzołóstwa" (Mt 5, 32). Zauważmy, że związek, który nie jest prawdziwym małżeństwem, Pan Jezus nazywa tu bardzo ostro "nierządem". Kiedyś równie ostro powiedział Samarytance: "Ten, którego masz teraz nie jest twoim mężem." (J 4, 18). Z tą samą jasnością nauczał Apostoł Paweł: "Uchodzić będzie za cudzołożną, jeśli za życia swego męża współżyje z innym mężczyzną. Jeśli jednak umrze jej mąż, wolna jest od tego prawa, tak iż nie jest cudzołożną, współżyjąc z innym mężczyzną" (Rz 7, 3; por. 1 Kor 7, 39). To samo oczywiście dotyczy męża. A gdzie indziej powiada Apostoł Paweł: "Żona niech nie odchodzi od swego męża. Gdyby zaś odeszła, niech pozostanie samotną albo niech się pojedna ze swym mężem. Mąż również niech nie oddala żony" (1 Kor 7, 10 in.).

Wiem, że Panią bolą te słowa, ale lepiej, żeby słowo Boże człowieka poraziło, niż szukać mądrości życiowej wbrew Panu Jezusowi. Lepiej uznać, że moja sytuacja życiowa jest niezgodna z wolą Bożą, niż wytłumaczyć sobie, że ja jestem w porządku, tylko zacofany Kościół nie idzie z duchem czasu. Owce Dobrego Pasterza wiedzą, czego On naucza, "ponieważ głos Jego znają. Natomiast za obcym nie pójdą, lecz będą uciekać od niego, bo nie znają głosu obcych" (J 10, 4 in.).

Niech Pani sobie przypomni poruszającą scenę zapisaną pod koniec szóstego rozdziału Ewangelii św. Jana. Oto Pan Jezus wygłosił jedną ze swoich twardych nauk i nawet "wielu uczniów Jego odeszło i już z Nim nie chodziło. Rzekł więc Jezus do Dwunastu: <<Czyż i wy chcecie odejść?>> Odpowiedział Mu Szymon Piotr: <<Panie do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego. A myśmy uwierzyli i poznali, że Ty jesteś Świętym Boga>>" (J 6, 66-69).

Przed Panią stanęła pokusa - jakżeż zrozumiała! - żeby odrzucić naukę Pana Jezusa o małżeństwie. On oczywiście swojej nauki nie zmieni, pyta tylko Panią: "Tylu już odeszło ode Mnie z powodu tej nauki, może i ty chcesz odejść?" Niech Mu Pani odpowie, choćby przez łzy: "Panie, do kogóż ja pójdę? Ty masz słowa życia wiecznego! A ja poznałam i uwierzyłam, że Ty jesteś Synem Bożym i moim Zbawicielem!"

Jak to praktycznie może się wyrazić? Najpierw niech Pani uzna, że w tym konflikcie między Panią a Panem Jezusem On ma rację, a nie Pani. I niech się Pani tym bardziej stara być gorliwą w wierze i w czynieniu dobra, zwłaszcza że nie wolno Pani jeszcze przystępować do sakramentów. A może wręcz dane będzie Pani ustrzec kogoś przed wejściem w tę sytuację, która przyczyniła Pani tyle zgryzoty.

Czy są jakieś szanse po temu, żeby już teraz pojednać się z Bogiem i móc przystępować do sakramentów? Najprościej by było, gdyby również Pani partner zobaczył Waszą sytuację w świetle wiary. Wówczas bowiem - przy obopólnym zrozumieniu, o co tu chodzi - podjęlibyście decyzję bądź rozstania, bądź jeśli macie już dzieci, wspólnego życia jak brat z siostrą. Jeśli tylko zrozumiecie religijny sens takiej decyzji, Wasze pojednanie z Bogiem będzie ponadobfitą nagrodą za wszystkie trudności, jakie przy tej okazji trzeba będzie pokonać.

Sprawa się komplikuje, kiedy tylko jedna ze stron skłonna jest do decyzji w duchu wiary. Ogólnie nie da się tu chyba nic poradzić, trzeba by dopiero szczegółowo wniknąć w każdą taką sytuację odrębnie. Wierzę jednak głęboko, że nawet wówczas istnieje możliwość szybkiego pojednania z Panem Bogiem, i to oczywiście w taki sposób, żeby się to nie łączyło z krzywdą partnera, a tym bardziej dzieci. Żeby wszakże w tak trudnej sytuacji znaleźć rozwiązanie, trzeba go pragnąć bardzo mocno.

Jacek SALIJ OP

Dla rozwiedzionych i nie tylko ... (1)

1. Czym jest rozwód?

Rozwód, to zawsze większy lub mniejszy dramat. Nie ma małżeństw i dzieci, które nie przeżywałyby go boleśnie. Małżeństwo rozumiane biblijnie, to sakrament, czyli dwoje ludzi tak związanych ze sobą, iż stanowią jedno ciało. Nie może być inaczej, ponieważ Bóg w Starym Testamencie mówi: Dlatego mężczyzna opuszcza swojego ojca i matkę swoją i łączy się ze swoją żoną tak ściśle, że stają się jednym ciałem (Rdz 2, 24). Z tego powodu porównujemy małżonków do zrośniętych w jedno pni drzewa. Rozwód rozszczepia je jak piorun, który uderzył w drzewo, co zawsze wiąże się z wielorakimi cierpieniami. Zanim jednak do tego dojdzie, najpierw są nieporozumienia, kłótnie, a co gorsze alkohol i zdrady małżeńskie; nierzadko dochodzi do rękoczynów, a potem rozpoczynają się sądy, najpierw rozwodowe, a po nich procesy o podział majątku. W tym wszystkim uczestniczą dzieci. Co się w ich duszach dzieje, to tylko jeden Pan Bóg wie. Potem, jedno z małżonków musi opuścić dom, a dzieci zostają przy ojcu lub matce, albo idą do "podziału". Nierzadko jednak przez pewien okres małżeństwo po rozwodzie dalej mieszka razem. Wtedy dzieją się iście dantejskie sceny, a przerażone dzieci patrzą na to, co zgotowali im rodzice. Doświadczają tego, prawie wszystkie bez wyjątku dzieci, których rodzice się rozwiedli. Doświadcza tego także dalsza rodzina. Z drugiej jednak strony wiemy, że niektóre rozwody, a z punktu widzenia chrześcijańskiego tylko separacje, są nieuniknione. Dzieje się tak najczęściej wtedy, gdy jedno z małżonków nadużywa alkoholu, narkotyków, traci pieniądze na hazardowe gry i nie interesuje się rodziną, gdy małżonkowie się zdradzają i między nimi zniknie miłość, jej miejsce zajmie niszcząca nienawiść, lub skrajna obojętność. Jako katolicy, rozwiedzeni małżonkowie nie mogą zawrzeć nowego sakramentalnego związku małżeńskiego, jak długo żyje ich współmałżonek, chyba że uzyskają w sądzie kościelnym orzeczenie o nieważności pierwszego małżeństwa, od samego początku jego trwania. Teologowie prawosławni nawet twierdzą, że wiele małżeństw dlatego się rozpadło, że sakrament małżeństwa, jak mówią "nie zaskoczył" - nie zadziałał, z powodu jakiegoś braku. W sytuacji, gdy małżeństwo sakramentalne jest ważne, powinni - jak uczy Kościół - z pomocą łaski Bożej żyć samotnie. Najczęściej jednak rozwiedzeni małżonkowie dosyć szybko zawierają nowy, pozakościelny związek, i wtedy pojawia się w ich życiu szereg nowych problemów tak z dziećmi, jak i z rodziną. Pojawia się także problem religijny. Nie mogą korzystać ze spowiedzi i Komunii św. To zaś może doprowadzić do osłabienia ich religijności.

Ks. Jan Pałyga

2. Przypomnie nauki Kościoła

Kościół, wierny słowu Jezusa Chrystusa, stwierdza, że nie może uznać ważności nowego związku, jeżeli poprzednie małżeństwo było ważne. Jeśli rozwiedzeni zawarli związek cywilny, znajdują się w sytuacji, która obiektywnie jest niezgodna z prawem Bożym i dlatego nie mogą oni przystępować do Komunii św., dopóki trwa ta sytuacja. Norma ta, jak zaznacza "List do Biskupów Kościoła katolickiego na temat przyjmowania Komunii św. przez wiernych rozwiedzionych żyjących w nowych związkach", nie ma bynajmniej charakteru kary albo jakiejkolwiek dyskryminacji rozwiedzionych żyjących w nowych związkach, ale wyraża raczej sytuację obiektywną, która sama z siebie uniemożliwia przystępowanie do Komunii św. ponadto, z punktu widzenia duszpasterskiego, dopuszczanie tych osób do Eucharystii wprowadziłoby w błąd wiernych lub spowodowałoby zamęt co do nauki Kościoła o nierozerwalności małżeństwa. Zgodnie z nauczaniem zawartym w Adhortacji Apostolskiej "Familiaris consortio" (1982 r.) wierni rozwiedzeni, żyjący w nowych związkach, mogą przystąpić do sakramentu Eucharystii i pokuty tylko wtedy, gdy żałując, że naruszyli znak Przymierza i wierności Chrystusowi, są jeszcze gotowi na taką formę życia, która nie stoi w sprzeczności z nierozerwalnością małżeństwa. W praktyce oznacza to równoczesne zaistnienie trzech następujących okoliczności: 1) z ważnych powodów nie mogą się rozstać, gdyż na przykład spoczywa na nich obowiązek wychowania dzieci, opieka w chorobie lub starości; 2) postanawiają żyć w pełnej wstrzemięźliwości, czyli powstrzymywać się od aktów, które przysługują jedynie małżonkom; 3) nie zachodzi niebezpieczeństwo zgorszenia (FC 84). Kościół rozumie trudności i cierpienia tych wiernych, których sytuacja małżeńska odbiega od normy. Dlatego też we wspomnianym wyżej "Liście" znajdujemy wezwanie skierowane do duszpasterzy, by dołożyli wszelkich starań, aby te osoby poczuły miłość Chrystusa i macierzyńską bliskość Kościoła. Powinny być przyjmowane z miłością, pobudzane do ufności w miłosierdzie Boże. Winno się im wskazywać z roztropnością oraz z szacunkiem konkretne drogi do nawrócenia oraz uczestnictwa w życiu wspólnoty kościelnej.

Ks. Adam Kokoszka

3. Świadectwo Zygmunta

Przez wiele lat prowadziłem hulaszcze życie, którym rządziło - jak się to mówi - wino, kobiety i śpiew. Byłem trzy razy żonaty, ale oprócz tego miałem wiele innych kobiet i dużo pieniędzy. Aż przyszedł dzień, gdy straciłem wszystko. Wiary jednak nie straciłem. Do kościoła chodziłem od czasu od czasu. Pewnej niedzieli, w czasie Mszy św. wzrok mój padł na obraz Miłosiernego Chrystusa z napisem "Jezu ufam Tobie". Obraz i te słowa, tak głęboko wryły się w moją świadomość, iż nie mogłem się od nich uwolnić. Zacząłem myśleć o zmianie swego życia. Bardzo brakowało mi spowiedzi i Komunii św. Pewnego dnia zatrzymały mnie dwie zakonnice, prosząc, bym je podwiózł do Pruszkowa. Chciały mi zapłacić, ale ja odmówiłem. W zamian poprosiłem je, by się za mnie pomodliły, gdyż jestem wielkim grzesznikiem i chciałbym zmienić swoje życie. Wtedy one dały mi dwa cudowne medaliki, na których było napisane: "O Maryjo bez grzechu poczęta módl się za nami, którzy się do Ciebie uciekamy". Po powrocie do domu medaliki pokazałem żonie i opowiedziałem o zakonnicach, które zobowiązały się za mnie modlić. Po kilku dniach zaproponowałem mojej cywilnej żonie, byśmy zrezygnowali z intymności małżeńskich, co by nam umożliwiło przystępowanie do sakramentów świętych. Zanim do tego doszło spotkałem jeszcze pewnego człowieka, który w intencji swego syna alkoholika odbył pieszą pielgrzymkę do Rzymu, gdzie został przyjęty przez Ojca Świętego. Po powrocie z pielgrzymki jego syn jeszcze raz tak się strasznie upił, że omal nie umarł, a potem przestał pić i dziś jest porządnym człowiekiem i wzorowym ojcem rodziny. Ponadto w 1993r. po raz pierwszy usłyszałem audycję "Radia Maryja", która tak mną i moją żoną wstrząsnęła, że zrezygnowaliśmy z kontaktów intymnych i po spowiedzi generalnej, rozpoczęliśmy nowe życie. Takie są dzieje mojego nawrócenia. Mam lat pięćdziesiąt pięć. Obecnie bardzo aktywnie angażuję się w życie Kościoła i propaguję cudowny medalik.

(Z książki "Oni także chcą być wierni")


Prawa autorskie - Parafia Katedralna Rzeszów 1999